secks secks

niedziela, 21 stycznia 2018

STORYTIME #1 - WAKACJE W SAN ESCOBAR

To był maj. Pachniała Grzemby kępa. A tuż obok ja - Gmerka. Leżałam z gołą pizdą i szukałam na mojej Nokii 3310 jakichś ofert wakacyjnych. Po przejrzeniu około 2137 stron z propozycjami miejsc na spędzenie upragnionego czasu wolnego, w końcu znalazłam tę idealną. San Escobar. Cena - 1488zł. Brakowało mi z kilka dych, ale zawsze mogłam dorobić u swoich ojców (matka zmarła kilka lat temu) albo w "Eklerku". Wylot z Szamboszczyna miałam dopiero za miesiąc, więc miałam dużo czasu na zebranie reszty pieniędzy.

Ku mojemu zdziwieniu zarobiłam więcej niż przewidywałam. Za tyle hajsu mogłabym pojechać do San Escobar z dwa razy, przejąć klub "Eklerek" i wykupić VIPa na stronie sexmasterka.com.

W końcu nastał dzień wylotu z tego szamba. O 4:09 wsiadłam w samolot ORANY AIR, a o 4:20 wzbiliśmy się w górę. Oczywiście miałam wykupioną klasę papieską, bo było mnie na nią stać. Po około godzinie lotu podeszła do mnie stwardeska i zapytała czy potrzebuję czegoś. Zapytałam co posiadają do picia na tym pokładzie. Zaczęła mi wymieniać jakieś "święte trunki".


Już myslałam, że mnie nic nie zainteresuje, lecz gdy powiedziała "Sok z pizdy anioła" to aż mi się mokro zrobiło w strinach. Wzięłam trunek i zaczęłam go pić. Wypiłam go w niecałe trzy minuty. Smakował on jak mój śluz z pizdy - czyli dobrze. Po chwili jednak coś mnie zemdliło i poczułam, jakby miała nadejść sraka stulecia. Szybko zapytałam siedzącego obok mnie Pakistańczyka, gdzie jest kibel. On odpowiedział: "Salam my cute beautiful friend, I love you". Powiedziałam mu "thanks'' i szybko zaczęłam przeciskać się pomiędzy nim a fotelem ryzukując tym, że się na niego zesram. Pędziłam przez pokład samolotu z palcem w dupie w poszukiwaniu tego pierdolonego kibla. W końcu udało mi się go znaleźć. Siadłam na niego i zaczęło się sranie.


To był tak wielki kloc, że aż się sracz zatkał. Przymknęłam klapę od kibla i udawałam, że nic się nie stało. Gdy już miałam wychodzić z kabiny w drzwiach stanął ten Pakistańczyk. Powiedział, że chce zobaczyć moje cycuszki. Uniosłam w górę szmatę sukienkę, pokazując dodatkowo przy tym moją sowę. On na ten widok mlasknął i zaczął mnie dotykać. Gdy zaczął zbliżać się do mojej kuciapy, kopnęłam go w jaja. Nie chciałam, żeby jakiś ciapat mnie gmerał. Wróciłam migusiem na swoje miejsce i od tamtego zdarzenia już nigdy go nie widziałam...

Po około sześciu godzinach lotu w końcu przekroczyliśmy granicę Watykanu z San Escobarem. Wylądowaliśmy o 16:00 - w momencie, w którym Vicka musiała wyłączyć komputer i zacząć uczyć się religii. Bagaże zostawiłam w wynajętym przeze mnie pokoju w hotelu "La de Vatican" i poszłam zwiedzać okolice. Nawet spoko tam było, udało mi się nawet kupić hot-doga (dosłownie!). Powoli zbliżał się wieczór. Zaczęły się świecić latarnie, pod którymi jakieś baby zaczęły się ustawiać. Ja postanowiłam skręcić w jakąś ciemną uliczkę. Na końcu drogi znalazłam klub "San Papaya", w którym trochę się zabawiłam. Może dałam dupy albo gmerałam? Nie wiem, nie pamiętam.

Po północy chwiejnym krokiem zaczęłam wracać do hotelu. Nagle zza konteneru wyskoczył jakiś ciapat. Tak się wystraszyłam, że o mało się nie zesrałam. Coś zaczął do mnie gadać, że chce ze mną robić secks. Ja mu na to: "No condom no secks" i zaczęłam (tak mi się z resztą wydaję) uciekać. Ten jednak mnie złapał i jebnął mi w głowę jakimś metalowym prętem. Kiedy się ocknęłam, byłam rżnięta w pizde. Już wiedziałam co będzie - pęknięta błona i bachor. Zaczęłam płakać i krzyczeć o pomoc, lecz gdy ktoś przechodził obok nas to dopingował temu czarnemu dziadowi. Po chwili spuścił się we mnie i wrócił do konteneru, zostawiając mnie nagą i wyruchaną. Gdy doszłam do siebie, wsadziłam łapę w pusię mając nadzieję, że zastanę tam jeszcze moją błonkę. Odetchnęłam z ulgą, gdy poczułam koroneczkę. Wstałam, zabrałam ubrania i szybko wróciłam do hotelu.

Z samego rana postanowiłam powrócić do Szamboszczyna. Nie chciałam, żeby znowu doszło do takiej sytuacji. Niestety ORANY AIR, którym miałam lecieć, wleciał w Trójkąt Bermudzki. Pozostało mi więc iść na piechotę.

Gdy przebywałam w Maroko udało mi się wynająć faketaxi prosto do Szamboszczyna. Nie starczyło mi pieniędzy, więc musiałam dać dupy kierowcy. Po około 13 godzinach jazdy w końcu trafiłam do mojej rodzinnej osady.

1 komentarz: